Alfarroba. Gdy w sierpniu Algarve zaczyna stukać

Alfarroba, czyli karob i chleb świętojański, jest jednym z symboli Algarve. Zobacz, jak rośnie, jak wygląda jej tradycyjny zbiór i do czego się ją wykorzystuje

Gdy w sierpniowy poranek wychodzę do ogrodu, cykady mają konkurencję. Stuk. Stuk. Stuk. Długie tyczki uderzają w gałęzie starych drzew, a dojrzałe, niemal czarne strąki spadają na rozłożone pod nimi płachty. W Algarve zaczyna się apanha da alfarroba – zbiór jednego z najbardziej charakterystycznych owoców regionu.

Co to jest alfarroba?

W sklepie ze zdrową żywnością spotkamy ją jako karob albo chleb świętojański. Tutaj nazywa się alfarroba. Rośnie przy starych gospodarstwach, na kamienistych polach i w tradycyjnych sadach, a pod koniec lata na kilka tygodni podporządkowuje sobie życie wielu algarwijskich wiosek.

Wiecznie zielone drzewo dobrze znosi gorące, suche lato i ubogą, wapienną ziemię, dlatego od stuleci pozostaje jednym z ważnych elementów rolniczego krajobrazu Algarve.

Owoce mają postać długich, płaskich strąków. Najpierw zielonych, później brązowych, a po dojrzeniu niemal czarnych. Są twarde, suche i lekko błyszczące, z miąższem o słodkim, trudnym do pomylenia zapachu.

Portugalska nazwa ma arabskie korzenie, podobnie jak wiele słów, które przetrwały na południu Półwyspu Iberyjskiego. Z alfarrobą wiąże się również opowieść o Janie Chrzcicielu, który miał żywić się jej owocami na pustyni. Stąd polski „chleb świętojański”.

Mniej legendarny jest związek z karatem. Nazwa jednostki używanej do określania masy kamieni szlachetnych wywodzi się od dawnej nazwy nasion karobu. Przez lata powtarzano, że wszystkie ważą niemal dokładnie tyle samo. Nie była to prawda, ale skojarzenie okazało się wyjątkowo trwałe.

Ciemne strąki alfarroby dojrzewające na gałęziach drzewa

Jak zbiera się alfarrobę w Algarve?

Dojrzałe strąki zbiera się pod koniec lata. Pod drzewem rozkłada się dużą płachtę, a następnie długą drewnianą lub trzcinową tyczką uderza w kolejne gałęzie. Czynność tę Portugalczycy nazywają varejo.

Z daleka wygląda prosto. Kilka uderzeń, owoce spadają, wystarczy je wsypać do worka. Dopiero z bliska widać, ile pracy poprzedza pierwsze stuknięcie.

Pod naszymi alfarrobeirami rosną dzikie szparagi. Nie przypominają zielonych pędów sprzedawanych na targu, lecz gęste, splątane i bardzo kłujące krzewy. Bez ich usunięcia nie sposób swobodnie podejść do drzewa ani rozłożyć płachty.

Obserwowaliśmy kiedyś, jak do zbioru przygotowywał się nasz sąsiad João. Przyszedł z narzędziem przypominającym krótką kosę i przez długi czas wycinał rośliny spomiędzy kamieni. Dopiero kiedy odsłonił ziemię, rozłożył płachtę i sięgnął po tyczkę.

Potem godzinami prowadził ją między gałęziami. Trzeba uderzyć wystarczająco mocno, żeby strącić dojrzałe owoce, a jednocześnie uważać na drzewo i przyszłoroczne pędy. Na końcu pozostaje zebranie strąków, przesypanie ich do worków i wyniesienie z nierównego, często stromego terenu.

Wszystko dzieje się w sierpniowym upale. Za każdym workiem alfarroby stoi więc znacznie więcej pracy, niż podpowiada romantyczny obraz starego sadu.

Naszą alfarrobę zbierają sąsiedzi

Sami jej nie zbieramy. Co roku oddajemy owoce starszym portugalskim sąsiadom, którzy urodzili się w naszej wiosce i mieszkają tutaj przez całe życie. Kiedy mówimy, że mogą przyjść pod nasze drzewa, naprawdę się cieszą.

Dla nich alfarroba nie jest modnym zamiennikiem kakao odkrytym przez sklepy ze zdrową żywnością. Rosła tutaj, zanim pojawiły się ekologiczne opakowania, proszki do koktajli i internetowe zestawienia superfoods.

Przez lata służyła jako pasza dla zwierząt, składnik domowego jedzenia i dodatkowe źródło dochodu. Zbierały ją całe rodziny. Dzieci pracowały razem z rodzicami, a później wracały pod te same drzewa już jako dorośli.

Alfarrobeira należy do tego krajobrazu tak samo jak oliwka, figowiec czy migdałowiec. Nie wymaga pomnika. Wystarczy, że stoi przy drodze albo pośrodku pola, ogromna i poskręcana, jakby była tu na długo przed wszystkim innym.

Stara alfarrobeira rosnąca na kamienistym polu w Algarve

Stare drzewa i nowe plantacje

Najstarsze alfarrobeiry mają grube konary i szerokie korony dające głęboki cień. Rosną przy opuszczonych gospodarstwach, na dawnych tarasach uprawnych i w mieszanych sadach, w których obok siebie sadzono figowce, migdałowce oraz oliwki.

Dobrze znoszą algarwijskie lato i potrzebują mniej wody niż intensywne uprawy owocowe. Nie znaczy to, że nowoczesna plantacja może obyć się całkowicie bez nawadniania. Młode drzewa trzeba ukorzenić, a kontrolowane podlewanie pomaga uzyskać bardziej regularne plony. W regionie coraz dotkliwiej odczuwającym suszę różnica w zapotrzebowaniu na wodę ma jednak zasadnicze znaczenie.

Wokół naszej wioski wciąż rośnie wiele starych drzew, ale od kilku lat widać nowe nasadzenia. 

Zanim tak się stanie, trzeba przygotować ziemię. W naszej części Algarve oznacza to usunięcie wielkich głazów i tysięcy mniejszych kamieni. Część z nich trafia później do murków oddzielających pola, resztę wywozi się ciężkim sprzętem. Jeszcze niedawno oczyszczony teren często zapowiadał kolejny sad pomarańczowy. Dzisiaj coraz częściej wyrastają na nim alfarrobeiry.

To obserwacja z okolic Silves i São Bartolomeu de Messines, nie statystyka dla całego regionu. Trudno jednak nie zauważyć, że obok drzew pamiętających dawne gospodarstwa pojawia się ich młodsze, znacznie bardziej uporządkowane pokolenie.

Co robi się z alfarroby?

Strąk składa się przede wszystkim z miąższu. Po wysuszeniu, uprażeniu i zmieleniu powstaje z niego farinha de alfarroba – ciemnobrązowa, naturalnie słodka mąka używana do pieczenia chleba, ciast i ciastek.

W Algarve łączy się ją z migdałami, figami, pomarańczami i miodem. Trafia do deserów, lodów, napojów oraz likierów i regularnie pojawia się zarówno w tradycyjnej, jak i współczesnej kuchni Algarve.

Nazywanie jej substytutem kakao jest wygodne, ale nie całkiem sprawiedliwe. Podobny jest przede wszystkim kolor. Alfarroba ma własny, słodki, lekko karmelowy smak i nie próbuje udawać czekolady.

Największą wartość przemysłową kryją niepozorne, bardzo twarde nasiona. Powstaje z nich guma karobowa, oznaczana na etykietach symbolem E410. Jest naturalnym zagęstnikiem i stabilizatorem stosowanym między innymi w lodach, jogurtach, sosach oraz deserach.

Jeden niepozorny strąk łączy więc świat starych algarwijskich gospodarstw ze współczesnym przemysłem spożywczym. To zapewne mniej malownicze niż opowieść o Janie Chrzcicielu, za to znacznie lepiej tłumaczy, skąd przez pewien czas brały się wysokie ceny owoców.

Kot odpoczywający w cieniu starych drzew w Algarve

Kiedy alfarroba stała się czarnym złotem Algarve

Przez dziesięciolecia dawała mieszkańcom niewielki, lecz dość przewidywalny dodatkowy dochód. Później jej cena gwałtownie wzrosła.

W 2022 roku za arroba, czyli około 15 kilogramów owoców, płacono w Algarve nawet 40–50 euro. Kilka lat wcześniej podobna ilość kosztowała około pięciu euro. „Czarne złoto” przestało być tylko zgrabnym określeniem używanym w turystycznych tekstach.

Właściciele zaczęli przyspieszać zbiory, by uprzedzić złodziei. GNR kontrolowała samochody przewożące worki, a regionalne media niemal codziennie informowały o kolejnych kradzieżach.

Właśnie wtedy ktoś zebrał również owoce z naszych drzew. Nie zdążyliśmy nawet zaproponować ich sąsiadom. Kiedy zajrzeliśmy pod alfarrobeiry, gałęzie były dokładnie ostukane, a strąki zniknęły. Została tylko czysta ziemia.

Gorączka nie trwała długo. W następnym sezonie cena mocno spadła, a wraz z nią liczba kradzieży. W 2026 roku komunikaty rynkowe mówiły już o stabilnych notowaniach, bez powrotu do rekordów sprzed czterech lat.

Być może dlatego João w kolejnym roku nie chciał już zbierać naszej alfarroby. Przy niskiej cenie rachunek jest jednak prosty: wielogodzinne oczyszczanie ziemi, praca w upale i noszenie ciężkich worków przestają się opłacać.

Sierpień znowu stuka

Ceny potrafią zmieniać się szybciej niż krajobraz. Stare alfarrobeiry nadal stoją na kamienistych polach, dają cień w najgorętsze dni i przypominają czasy, w których niemal każdy skrawek ziemi musiał być pożyteczny.

Obok nich rosną nowe plantacje – równe, zaplanowane i nawadniane z większą precyzją. Inna skala, inna ekonomia, ten sam owoc.

My nadal zostawiamy alfarrobę sąsiadom. Oni wiedzą, kiedy przyjść, jak oczyścić ziemię i jak poprowadzić tyczkę pomiędzy gałęziami.

A późnym latem cykady znów mają konkurencję.

Stuk. Stuk. Stuk.

Aleksandra Dzialak

Aleksandra Działak

Przez czternaście lat dziennikarka i redaktorka „Dziennika Łódzkiego”, (wcześniej publikowała jako Aleksandra Jasiczak). Dziś mieszka w Portugalii i opisuje Algarve z perspektywy codziennego życia, oceanu i podróży. Tworzy strony internetowe pod marką Kreatywna Buba.